Nieznana twarz Kuby

Gdzie grozi większa kara za zabójstwo krowy niż człowieka? Gdzie policja przyjeżdża na miejsce wypadku autostopem? I w końcu – do którego kraju przylatuje wiele Amerykanek, by powiększyć sobie piersi? Poznajcie nieznaną twarz Kuby – rajskiej wyspy, która większości z nas kojarzy się z przepięknymi plażami, wyśmienitymi drinkami i drogimi cygarami. To błąd.

 

GORĄCZKA NA KUBIE

Bezpośredni lot na Kubę z Polski trwa około jedenaście godzin. W tym czasie pokonujemy nieco ponad 9 tysięcy kilometrów, zwykle przelatując nad Grenlandią i topniejącymi lodowcami. A kiedy już poczujemy zapach tutejszego powietrza, czujemy się, jakby przeniesiono nas w czasie o sto lat. Po wylądowaniu na Kubie może dziwić obecność osób ubranych w białe fartuchy w hali przylotów. Po szybkim zapoznaniu można się dowiedzieć, że są to – wojskowy lekarz z sanitariuszkami ubranymi w koronkowe rajstopy. Czym się tutaj zajmują? Za pomocą kamery termowizyjnej podglądają turystów przylatujących na wyspę Castro. Jeżeli zobaczą kogoś podświetlonego na czerwono, będzie to znaczyło, że ma gorączkę. I tu pojawia się problem, ponieważ taka osoba nie zostanie wpuszczona do kraju. Podobnie wygląda wylot. Sam rozmawiałem z małżeństwem, które nie wyleciało do Polski, ponieważ ich kilkuletnie dziecko miało gorączkę. Tym sposobem musieli przymusowo przedłużyć swoje wakacje.

 

ŚWIĘTE KROWY I AUTOSTRADY NA WYPADEK WOJNY

Tutejsza autostrada łącząca oba krańce Kuby ma ponad 1400 km. Wybudowano ją ponad 60 lat temu. Ma trzy pasy. Po co aż tyle, skoro mało kto po niej jeździ? Były one budowane z myślą o wojnie – żeby w razie potrzeby można było zamknąć cześć autostrady i przekształcić ją w lądowisko dla samolotów wojskowych. Na szczęście nigdy z tego nie skorzystano. Na Kubie zaskakuje coś jeszcze. W kraju rządzonym przez wiele lat przez Fidela Castro powiedzenie „święta krowa” ma większe odbicie w rzeczywistości niż mogłoby się nam zdawać. Za nielegalne zabicie krowy grozi nawet 25 lat. Co znaczy nielegalne w tym kraju? No cóż, nawet jeśli chcemy zabić naszą krowę, to i tak musimy dostać na to zgodę od państwa. Bez niej kara więzienia gwarantowana. Teraz już nikogo nie powinien dziwić widok kierowców autobusów, którzy na widok krów, hamują niczym szaleńcy z najpopularniejszych thrillerów. Wystarczy, że nieświadomie śmiertelnie potrącą to zwierzę, by kolejne lata spędzić za kratami. Dla porównania – za zabójstwo człowieka grozi „tylko” 5 lat. Nie muszę chyba dodawać, że Kubańczyk nie ma prawa tykać krowiego mleka? Zaraz po wydojeniu musi je dostarczyć do państwowego skupu.  Tym sposobem mleko dla Kubańczyków jest towarem luksusowym. Podobnie zresztą jak wołowina. Wyobraźcie sobie, że przeciętny Kubańczyk w ciągu swojego życia średnio tylko raz zasmakuje tego mięsa. Nie wspominając już o owocach morza – krewetkach, małżach i wszystkich nadmorskich przysmakach, których na Kubie jest pełno. Kubańczycy pytani dlaczego nie jedzą tego typu potraw, ściszonym głosem odpowiadają, że nie mogą.

 

INTERNET NA CENZUROWANYM

W tym kraju zresztą wiele nie można. Cenzura panuje na każdym kroku. Połowa e-maili wysyłana przez kubański internet nie dochodziła do Polski, a druga została zablokowana – na Kubie mój tablet nie mógł ich pobrać. Dopiero po podłączeniu do internetu w Polsce pojawił się tuzin wiadomości z wstecznymi datami. Zresztą podobnie jest z SMS-ami. Jeżeli wyślemy wiadomość na numer kubański, możemy spodziewać się, że odbiorca otrzyma ją za tydzień, może dwa. Wcześniej cenzura musi wszystko czytać, co piszemy. Oczywiście w trosce o państwo. To prowadzi do tego, że Kubańczycy są średnio rozmownym narodem, chociażby w porównaniu do sąsiadów Dominikańczyków. Broń Boże nie można pytać o Fidela. Sam byłem świadkiem następującej sytuacji: jeden z turystów zapytał przy barze co Kubańczycy sądzą o rządach braci Castro. W odpowiedzi usłyszał ściszony głos, który powiedział, że to top secret i nawet ma nie wymawiać tego nazwiska. Gdy próbował dopytywać, usłyszał zdecydowane: – Senior, no comment!

 

PROSTYTUTKI I ZŁOTE KLATKI

Kubańskie hotele są złotymi klatkami. Nie brakuje w nich niczego. Jest mleko, wołowina, uginające się od jedzenia stoły. Lokalizacja ośrodków turystycznych jest nieprzypadkowa. Tam, gdzie jest to możliwe, hotele buduje się na odnogach wyspy, do których jedzie się kilkudziesięciokilometrowymi groblami. Na teren takich odnóg Kubańczycy nie mają prawa wstępu. Specjalnymi autobusami pracowniczymi przyjeżdża tam jedynie obsługa hotelowa. Ten prosty zabieg stosuje się w bardzo prostym celu – dochodzi do tego, że część turystów z lotniska do hotelu i z powrotem jedzie nocą, dzięki czemu nie widzi panującej poza hotelami biedy i śmiało stwierdza, że na tej Kubie to nie jest tak źle.  Prostytutki – są, często bardzo młode. Według Fidela Castro wirusa HIV tutaj nie odnotowano. Za to – jak stwierdził kiedyś dyktator – prostytucją na Kubie zajmują się mądre, wykształcone kobiety. Zresztą to sam dyktator stwierdził kiedyś, że Jedną z największych korzyści płynących z rewolucji jest to, że nawet nasze prostytutki mają maturę. 

 

KUBAŃSKIE CYGARA…

Śpiewać każdy może, trochę lepiej, trochę gorzej – śpiewał Wojciech Młynarski. Na Kubie podobnie jest z robieniem cygar. Każdy Kubańczyk może się tego parać i zwijać ten słynny kubański produkt. Do fabryki cygar są przyjmowani nawet 15-letni chłopcy. Sama nauka zwijania cygar jest czasochłonna i trwa od dwóch do nawet czterech lat. W tym czasie przyszły zwijacz cygar poznaje wszystkie tajniki. A jest czego się uczyć. Każdy Kubańczyk w fabryce cygar musi wyrobić dzienną normę 250 cygar. I tak przez 5 dni w tygodniu,  8 godzin dziennie. Co więcej, każde z nich przechodzi przez specjalną maszynkę kontrolującą jakość. Te, które nie przechodzą kontroli, trzeba poprawiać albo zwijać nowe. Na szczęście za każde dodatkowe cygaro państwo płaci dodatkowo. Stąd tak duża rozbieżność zarobków w fabryce cygar – od 20 do nawet 150 CUC-ów miesięcznie. Zwijanie cygar jest monotonne. Dlatego z pomocą przychodzą specjalni animatorzy. W każdej państwowej fabryce cygar jest miejsce dla lektora, który zwijającym liście Kubańczykom czyta codzienną lokalną prasę, a nawet klasykę literatury, jak chociażby Monte Christo czy Romeo i Julia – nawiązujące do popularnych marek cygar. Czasem do fabryki przejeżdżają również zespoły, by dać dodatkową rozrywkę. Wówczas Kubańczycy w ramach przerwy między kolejnymi cygarami tańczą salsę. Na koniec zapamiętajcie jedno. Gdybyście odwiedzili fabrykę cygar, o robieniu zdjęć możecie zapomnieć. Zakładów państwowych fotografować nie wolno. I jeszcze jedno – ulubiona marka cygar Fidela Castro – to była Cohiba. Za to Che Guvara palił wspomniane już wcześniej Monte Christo. Natomiast Churchil kosztował grube, które paliły się nawet 3 h. I czasem nie kupujcie cygar na ulicy od szemranych typów. Często sprzedają oni oszukane cygara tzn. zawinięte liście bananowca, które palą się szybciej niż pochodnia. Zdecydowanie nie mają one nic wspólnego z prawdziwymi cygarami, których produkcja zajmuje od 2 do nawet 5 lat.

 

… I STARE KRĄŻOWNIKI

Sama Kuba znana jest przede wszystkim z pięknych, zabytkowych aut. Jest ich tutaj naprawdę mnóstwo. Swoimi kolorami ubarwiają krajobraz, choć mało kto wie, skąd się one akurat tutaj wzięły. Otóż przed 1959 roku wyspę odwiedzali amerykańscy mafiosi. Stawiali kolejne kluby nocne, kasyna, nowoczesne hotele. Wraz z nimi przywozili promami tutaj z USA swoje samochody. W 1959 roku rewolucja na czele, której stanął Fidel Castro uchroniła Hawanę, stolicę Kuby przed zostaniem drugim Las Vegas. Castro wygonił z wyspy mafiosów, zabronił sprowadzania amerykańskich aut, a te, które zastał na wyspie pozostały aż do dziś i w większości trafiły w ręce państwowe. Co więcej Castro wprowadził przepis, który pozwalał kupować tylko auta wyprodukowane przed 1959 roku, czyli sprzed rewolucji. Ten zakaz został zniesiony dopiero w 2011 roku przez Raula Castro.

Dzięki temu na hawańskim bulwarze Malecón możemy zobaczyć tzw. „oldtimery” z lat 40. i 50 – m.in. cadillaki, dodge, fordy, chryslery i chevrolety. Zdaniem Kubańczyków na Kubie można dzisiaj znaleźć łącznie około sześćdziesięciu tysięcy tego typu krążowników.

 

POLSKIE ŚLADY

W sytuacji, kiedy sprowadzanie amerykańskich aut zostało zakazane, Kuba rozpoczęła import samochodów z zaprzyjaźnionych krajów komunistycznych, przede wszystkim ze Związku Radzieckiego. Dlatego nie powinien dzisiaj dziwić nikogo widok kubańskich ulic wypełnionych wołgami, ładami i maluchami. Te ostatnie zaczęły się pojawiać na wyspie w latach 70. i są dzisiaj przez mieszkańców nazywane pieszczotliwie „polaquito” na cześć – a jakże Polaków – co znaczy „Polaczek”. Zakup malucha dla przeciętnego Kubańczyka to wydatek rzędu 4/5 tysięcy CUC-ów (1 CUC=1 euro), co jest zawrotną kwotą przy średnich miesięcznych zarobkach 20 CUC-ów. Nie mówiąc już o benzynie, która jest równie droga. Zwykle te stare krążowniki palą po 12 litrów na sto kilometrów, przy czym godzinna przejażdżka takim zabytkowym wehikułem kosztuje 40 CUC-ów, zaś litr paliwa 1,20 CUC-ów. Wyjątkiem są urzędnicy państwowi, którzy mają kilka razy niższe ceny paliwa. Co ciekawe, nasze europejskie samochody mogłyby ujechać jedynie kilka kilometrów po zatankowaniu kubańskiego paliwa. Powód – ma ono mniej oktanów niż nasze polskie.

 

POWIĘKSZANIE PIERSI I DEPILACJA BRWI

Często powielaną przez przewodników informacją jest to, że Kuba ma jeden z najlepszych systemów zdrowotnych na świecie. Zresztą chwalił go nawet sam Barack Obama. To prawda, choć jest jedno ale. Na Kubie tak naprawdę są trzy rodzaje systemów zdrowotnych. Pierwszy dla turystów. W sieci klinik dla przybyszów rzeczywiście jest czysto i nie brakuje wyposażenia. Drugi system stworzono z myślą o politykach, różnej maści działaczach partyjnych, gwiazdach estrady itp. Tutaj poziom jest podobny jak w pierwszym. Co innego w trzeciej odnodze systemu zdrowotnego – stworzonego z myślą o Kubańczykach. W tym przypadku brakuje leków, czystość pozostawia wiele do życzenia, choć zwolennicy Castro powtarzają jak mantrę, że na Kubie jeden lekarz przypada na 170 mieszkańców, co daje drugi wynik na świecie zaraz po Włochami, a zarazem trzy razy więcej niż w USA. Ile w tym prawdy – trudno powiedzieć, ponieważ są to rządowe statystyki, których nikt nie weryfikuje. Za to powszechnie wiadomo, jak wielką fikcją są leki w aptekach. W samej tylko Hawanie jest piękna apteka, w której półki zapełniają piękne pojemniki, przypominające wystrojem czasy z poprzedniej epoki. Sęk w tym, że w tych pojemnikach nic nie ma, a kiedy już się coś znajdzie to można np. na ukąszenia komarów zamiast leku dostać puder na oparzenia dla niemowlaków. Zdaniem Kubańczyków powinien pomóc. W praktyce wygląda to tak, że za jednym lekiem przeciwbólowym – odpowiednikiem tych, które można u nas kupić nawet w hipermarketach przy kasie – Kubańczycy jeżdżą po kraju nawet kilka miesięcy. Sam byłem świadkiem, jak kierowca, który wiózł nas do Hawany, wykonał gwałtowne hamowanie, zjechał na autostradzie na pobocze i bez słowa pożegnania. Dopiero później wszystko się wyjaśniło. Kubańczyk zobaczył sprzedawcę patyczków do uszu i pobiegł kupić 8 opakowań patyczków. Po co aż tyle? – Tutaj patyczki pojawiają się raz na kilka miesięcy – odpowiedział kierowca.

 

AMERYKAŃSKA MEKKA

Co ciekawe, Kubę coraz częściej odwiedzają Amerykanie i wcale celem ich wizyty nie jest turystyka, a operacje plastyczne. Powiększanie piersi przez mieszkańców Florydy jest tutaj bardzo popularne. Mieszkańcy wyspy też nie chcą być gorsi. Co prawda o operacjach plastycznych mogą tylko pomarzyć, ale depilacja brwi w wykonaniu mężczyzn jest czymś zupełnie normalnym.

Kubańczycy szczycą się jeszcze jedną informacją – ich zdaniem na Kubie jest jeden z największych przyrostów naturalnych na świecie. I nie ma się co dziwić – jeżeli lekarz ma za dużo zgonów swoich statystyk w stosunku do narodzin, trafia do więzienia. To wyjaśnia dlaczego ci najlepsi próbują uciec z wyspy. Co z tymi którzy zostają? Zwykle zostają barmanami. Stres mniejszy, zarobki też małe, ale napiwki – ogromne, zwykle sięgające wysokości kilku pensji.

 

ŻYLI DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE

Kubańczycy znani są z jeszcze jednego – żyją bardzo długo. Ktoś kto umiera w wieku 80 lat, jeszcze młody. Dopiero 90-latkowie są uważani za starych. Zresztą to właśnie na Kubie żyje najwięcej najstarszych osób na świecie. Mimo, że panuje tu ogromna bieda, ludzie są szczęśliwi. I chyba trochę leniwi. Nieważne, że w domu jest bałagan (często nie mają drzwi w domu i wszystko widać). Najważniejsza jest weranda, na której obowiązkowo muszą być krzesła. Siedzą sobie na nich i patrzą się na ulice często przez cały dzień. Nic więcej im do szczęścia nie jest potrzebne. Zresztą tutaj nic nikogo nie dziwi, nawet widok blokowiska, obok którego pasą się konie albo biegają po podwórku świnie. Jazda konno w mieście też nie należy do rzadkości. Bardzo często w przewodnikach po Kubie można wyczytać, że przed wyjazdem na Kubę warto pozbierać stare telefony i przekazać je Kubańczykom. Te informacje w konfrontacji z rzeczywistością są mocno nieaktualne. Mimo, że panuje tu bieda, wielu Kubańczyków ma nowe modele telefonów. Skąd? Szacuje się, że około 2 mln. Kubańczyków wyemigrowało do Miami, oddalonego 140 kilometrów od Kuby. Obecnie większość rodzin ma swojego członka właśnie w Miami, a ten wysyła im paczki z drogimi prezentami. Kubańczycy-emigranci mogą również raz na pół roku przyjechać do swojej ojczyzny. Wielu z nich traktuje to jako dobrą okazję do przewiezienia z USA na Kubę np. telewizorów! Zresztą na samej Kubie może dziwić brak pamiątek z wizerunkiem Fidela Castro. Powód? Dyktator przed śmiercią zastrzegł, by ich nie produkowano, podobnie jak zabronił nazywanie ulic na swoją cześć. I choć Fidel Castro zmarł w listopadzie zeszłego roku, trudno szukać śladu odwilży. Kubański komunizm ma się dobrze, a już na pewno zdecydowanie lepiej, niż ubogie społeczeństwo. Mimo to Kubańczycy żyją jak w bajce – długo i szczęśliwie…

 

Krzysztof Pyzia

 

Uwaga! Kopiowanie fragmentów oraz całego tekstu bez zgody autora zabronione!

Tekst po raz pierwszy ukazał się w tygodniu
Angora (
numer 20/2017 z dnia 14.05.2017, s. 78)

Tygodnik Angora - logo

 

 

Typowa kubańska ulica.

Typowa kubańska ulica.

Grajkowie w Hawanie.

Grajkowie w Hawanie.

Hawana. Kuba.

Hawana. Kuba.

Tak, to nasze Maluchy!

Tak, to nasze Maluchy!